Internet jest szczególnie skutecznym środkiem w łączeniu ze sobą grup ludzi. [...] Jednak internet nie powinien łączyć obywateli z parlamentarzystami, ani wyborców z urzędnikami państwowymi. Powinien łączyć zwykłych ludzi ze zwykłymi ludźmi. Powinny powstać takie aplikacje, które umożliwią tym ludziom udzielanie sobie wzajemnej pomocy. Program wspierający obywatelskie hakowanie może to spowodować.
Demokracja przedstawicielska zdaje się przeżywać kryzys.
Ludzie ją ignorują. Nie cieszy się ona zbyt dużą popularnością wśród
młodych ludzi. Przypomina raczej nieszczęsnego wujka, który psuje całą
zabawę, gdy próbuje przekonać innych, że jego magiczne sztuczki są
ciekawe.1
Elektroniczna demokracja (e-demokracja) jest bezpośrednio rozpatrywana w
ramach kompetencji demokracji przedstawicielskiej. Internet jest tutaj nową
sztuczką. To niesamowite urządzenie – pełne młodości, werwy i energii
– może właśnie okazać się odpowiedzią na jej problemy.
Elektroniczna demokracja stała się obecną strategią rządu Zjednoczonego
Królestwa. Rząd ten przyznaje, że nasz system demokratyczny, choć nie do
końca jeszcze podupadły, wymaga pewnego zastrzyku energii. Stwierdza, że
młodzi ludzie, którzy są zwolennikami wszystkiego, co skomputeryzowane, nie
widzą sensu w polityce. Odzwierciedla to sytuację klas politycznych, które
sprawiają wrażenie skulonych w wielkim namiocie z napisem "Rezygnacja". Rząd
Blaira uważa, że internet, ten cud nowoczesnej epoki, może okazać się
pomocny.
W najlepszym jednak wypadku, pogląd ten jest tylko w połowie trafny.
Technologia sieciowa może pomóc demokracji przedstawicielskiej jedynie w
małym stopniu. Nie jest ona w stanie zdziałać zbyt wiele. Sprowadza się to
do podstawowego problemu: jeżeli ktoś nie interesuje się polityką i nie
widzi sensu w jej uczestniczeniu, angażowanie się w politykę za pomocą
sieci nie ułatwi sprawy.
Dobra wiadomość jest taka, że prawdopodobnie istnieje lepsze rozwiązanie.
Internet może przyczynić się do poprawy życia obywatelskiego zwykłych
ludzi, ale pod warunkiem, że będzie to oparte na innej zasadzie. E-demokracja
nie powinna głównie skupiać się na przedstawicielstwie, członkostwie i
bezpośrednim dostępie do decydentów. W pierwszej kolejności powinna raczej
uwzględniać ideę samopomocy.
Publiczne finansowanie e-demokracji ma dać obywatelom szansę pomocy sobie
nawzajem, swoim społecznościom i innym osobom z takimi samymi
zainteresowaniami. Jak wyjaśnię później, centralnym punktem tej strategii
powinna być pomoc państwa skierowana do tak zwanego "obywatelskiego
hakowowania" lub rozwój zastosowań umożliwiających wzajemną pomoc wśród
obywateli raczej niż za pośrednictwem instytucji państwowych.
Obecny rząd brytyjski stawia dobre pytanie, ale ma złą odpowiedź.
Pytanie brzmi: "Jak możemy wykorzystać internet, aby umożliwić ludziom
pełne korzystanie z życia obywatelskiego, polityki i sposobu rządzenia?"
Pytanie to oparte jest na dość solidnej analizie bieżących problemów, z
jakimi boryka się demokracja. Steven Coleman i John Gatze, w swojej broszurze
"Bowling Together"2, przedstawiają tę analizę w miarę
sensownie: "Istnieje współczesne, wszechobecne oziębienie stosunków
pomiędzy reprezentantami a tymi, którzy są reprezentowani, objawiające się
niemal w każdym zachodnim kraju spadającą frekwencją podczas wyborów oraz
niższym poziomem angażowania się w życie obywatelskie, publiczną krytyką
wobec instytucji i partii politycznych, a także upadek niegdyś silnej
polityki lojalności."
Na razie wszystko wydaje się w porządku. Jednak Coleman i Gotze, a co za tym
idzie rząd brytyjski, doszli do złych wniosków. Uważają oni bowiem, że
obywatelom w jakiś sposób utrudnia się uczestnictwo w kształtowaniu
polityki. Gdyby można było to uprościć – za pomocą internetu – poziom
zaangażowania wzrósłby. Gdyby udało się sprawić, że uczestnictwo w
tradycyjnych procedurach będzie mniej uciążliwe, zainteresowanie obywateli
zostałoby przywrócone. Więcej osób zaangażowałoby się w podejmowanie
politycznych decyzji.
"67% naszych użytkowników twierdzi, iż nigdy wcześniej nie kontaktowali
się ze swoimi posłami", sugerując, że nowe metody dostępu mogą zachęcić
"głównie nowych uczestników do wzięcia udziału w debacie". Jednak nie jest
to bynajmniej jedyny sposób, który rząd może wykorzystać.
Szansą jest zbudowanie obywatelskiej przestrzeni, w której obywatele
mogliby raczej rozmawiać ze sobą niż z administracją państwową. Można to
wyjaśnić na zasadzie analogii. Jeśli utkniemy w grze komputerowej, co zwykle
robimy? W dzisiejszych czasach gracze – należy pamiętać, że troje na
dziesięcioro ludzi gra w gry komputerowe – odwiedzą działającą w sieci
społeczność graczy i poproszą ich o radę. Niemal zawsze znajdzie się
ktoś chętny pomóc pokonać wyzwania. Inni gracze pomogą z wielu powodów:
mogą zyskać szacunek z racji swej wiedzy; ich stanowisko w społeczności
poprawi się; lub tego dnia będą po prostu w dobrym humorze. Jednak
najczęściej robią to w oparciu o zasadę wzajemności.
Powszechna w literaturze dotyczącej kapitału społecznego wzajemność
sprowadza się do powiedzenia: "Ja pomogę tobie, ty pomożesz mnie". Zasada ta
jest ograniczona, jeśli jest tylko dwoje ludzi do pomocy. Funkcjonuje ona
lepiej, gdy wzajemność zostanie rozpowszechniona. Pomogę tobie, ponieważ
dzięki temu powstanie system, w którym wzajemna pomoc jest normą i jeśli
będę potrzebować pomocy, to ktoś mi jej udzieli.
W polityce, tak jak w grach komputerowych, wzajemność oznacza pomaganie
komuś, ponieważ w pewnym momencie w przyszłości my sami możemy
potrzebować pomocy. Jest to racjonalne urzeczywistnienie powiedzenia: "Traktuj
innych tak, jak chcesz, by traktowali ciebie".
Gdy utkniemy w grze komputerowej (lub gdy ją ładujemy albo chcemy, aby lepiej
działała), z pewnością nie wysyłamy projektantowi oprogramowania maila z
zapytaniem o sposoby ulepszenia gry. Jednak taką właśnie strategię wobec
e-demokracji przyjął obecny rząd brytyjski. Masz problem? Weź udział w
zagadkowym procesie konsultacji, które może kiedyś ulepszą system. Nie jest
to zbyt kusząca propozycja.
Analogia do gier ma sens, ponieważ dla większości ludzi polityka przypomina
utknięcie w bardzo trudnej grze komputerowej. Biurokracja rządowa –
projektant oprogramowania – nie ma dużego znaczenia w codziennym życiu.
Obywatele przypominają sobie o instytucjach administracji państwowej przy
okazji wykonywania wielu skomplikowanych czynności, takich jak: wystawienie
koszy na śmieci, odebranie zasiłku dla bezrobotnych, czy też wizyta u
lekarza. Jednak rozwój polityki deliberatywnej nie jest częścią naszej
codziennej rzeczywistości.
To właśnie dlatego wyznajemy pluralistyczną teorię demokracji. Grupy
interesu, media i inne grupy funkcjonalne reprezentują interesy ludzi w walce
idei. Podstawowe założenia demokracji, polegające na tym, że każdy
powinien mieć równe szanse w decydowaniu o sprawach, które go dotyczą
(jeśli ma na to ochotę), znajdują się w tych ramach.
Tymczasem w życiu codziennym większość ludzi napotyka na trudności.
Działania administracji państwowej jedynie powodują problemy, ale ich nie
rozwiązują. Dlatego nie rozumiem takich teoretycznych pojęć jak:
przechwycenie regulacji, nieudolność gospodarowania publicznymi pieniędzmi,
czy też brak związku poglądów rządu z poglądami zwykłych ludzi. Uważam,
że formularze podatkowe są prawdziwym utrapieniem, płacenie podatku
lokalnego jest skomplikowane, a znalezienie dobrej szkoły dla córki
czasochłonne. Rozpoczynanie nowej działalności gospodarczej jest prawdziwym
koszmarem, a dokonanie próby obliczenia składek emerytalnych trudne. Są to
problemy codzienne, które rząd z łatwością stwarza, ale nie potrafi ich
naprawić.
Problemy te przypominają utknięcie w grze komputerowej. Są to problemy
życiowe – przeszkody muszą zostać pokonane. Najlepszym sposobem, aby się
z nimi zmierzyć jest znalezienie kogoś, kto miał podobne doświadczenia i
poprosić go o pomoc. Właśnie w takich sytuacjach internet może okazać się
przydatny.
Technologia sieciowa potrafi jednoczyć ludzi, przede wszystkim, gdy mają
oni ku temu powód. Jak każdy, kto surfował po internecie wie, sieć stanowi
istną przystań dla fanatyków i maniaków wszelkiego rodzaju. Niemniej jednak
jest jednym z najbardziej niesamowitych funduszy rozproszonej inteligencji,
jaki kiedykolwiek powstał.
Pozwala on zebrać umieszczoną w sieci wiedzę oraz sprawia, że przy
odrobinie umiejętności wiedza ta jest dostępna dla każdego, kto posiada
modem. Dla graczy gier komputerowych, inwestorów finansowych lub
kolekcjonerów znaczków to spełnione marzenie. Tak również może być dla
wszystkich obywateli.
Pytanie brzmi: jak można przełożyć tę oczywistą zaletę sieci na program,
który pomoże ludziom rozwiązać życiowe problemy lub komunikować się z
innymi obywatelami, których interesują te same tematy? Obecnie nie jest to
możliwe. Dlaczego? Ponieważ nikt nie opracował takiej aplikacji.
Aplikacja to alternatywne określenie programu lub oprogramowania. Wykorzystuje
ona siłę internetu w pożyteczny sposób. Internet Explorer jest aplikacją,
która pozwala użytkownikom widzieć kod HTML w postaci strony internetowej.
Cieszący się większą popularnością Napster3, system
wymiany plików muzycznych, był aplikacją, która umożliwiała ściąganie
muzyki. Opracował ją dziewiętnastolatek, Shawn Fanning.
Historia Fanninga należy do internetowego folkloru. Młody entuzjasta postępu
technicznego wpada na pomysł. Po dość długim czasie spędzonym w swoim
pokoju, opracował aplikację, która, choć nielegalnie, pozwala jemu podobnym
internautom wymieniać się skompresowanymi plikami muzycznymi. Aplikacja
przyjęła się, a przemysł muzyczny już nigdy nie będzie taki sam. Odtąd
zaczęto tworzyć inne aplikacje, które umożliwiają wykonywanie tych samych
czynności, ale lepiej i szybciej lub z mniejszym zastosowaniem sterowania
centralnego. Jednak aby to było możliwe, ktoś musiał stworzyć tę
aplikację. Napster był praktyczny, modny i posiadał nowe funkcje.
Zapoczątkował dzielenie się plikami oraz technologię każdy-z-każdym (ang.
peer-to-peer, skrót P2P) na masową skalę.
Adrew Schapiro, autor "The Control Revolution"4,
twierdzi, że Napster pozostanie lekcją ukazującą, w jaki sposób internet
zmienia systemy statyczne. "Kiedy o tym myślisz, zawsze pomyśl: Napster jest
tym dla muzyki, czym X dla Y." Zatem czym jest to coś dla polityki, czym
Napster jest dla muzyki? Przez kogo są rozwijane Cywilster (rodzaj programu
dla obywateli) i Polister (rodzaj programu dla państwa)?
Problem tkwi w tym, że jeszcze nie wiemy. Ale gdzieś ktoś powinien to teraz
tworzyć. Moim zdaniem rolą państwa powinno być finansowanie tego typu
działalności. Państwo powinno przekazywać pieniądze grupom obywatelskim
lub dziewiętnastolatkom, aby stworzyli aplikacje, które pomogą osiągnąć
cele społeczne.
Tak właśnie dzieje się w mediach radiowych i telewizyjnych, którym państwo
(a co za tym idzie my wszyscy) nie szczędzi pieniędzy na rozwój społecznie
pożytecznych programów. Tego rodzaju działalność jest dość słuszna,
ponieważ służy ona społeczeństwu. To samo powinno dotyczyć
oprogramowania. Pomysł ten nazwałem "obywatelskim hakowaniem".
Strona internetowa Meetup5 jest dobrym przykładem
obywatelskiego hakowania. Nie jest to do końca taka aplikacja, ale spełnia
ideały obywatelskiego hakowania. Strona ta umożliwia ludziom o wspólnych
zainteresowaniach spotykać się ze sobą. Wyobraźmy sobie, że pan Kennedy
wprowadził się do nowego miasta i chciałby spotkać innych ludzi
zainteresowanych dziełami J. S. Milla, zasadami społecznej sprawiedliwości
oraz teleturniejami. Jednak pan Kennedy nie wie, jak to zrobić. Mógłby
wejść na stronę Meetup i zapisać w niej swoje zainteresowania. Kiedy
wystarczająca ilość ludzi zrobi to samo, strona wysyła maila i proponuje
spotkanie przy drinku.
Podobnie, brytyjska strona internetowa UpMyStreet uruchomiła witrynę o nazwie
Conversations (Rozmowy), za pomocą której ludzie z okolic mogą podjąć
dyskusję na tematy dotyczące ich ulicy lub sąsiedztwa. Obie te strony są
pomysłami, które można z łatwością zrealizować. Może nie zarobi się na
tym bardzo dużo pieniędzy, ale mogą stać się one pożytecznym narzędziem
dla tworzenia społecznej relacji oraz dla kapitału społecznego. Aby tak się
stało potrzebny jest ktoś, kto stworzy odpowiednie oprogramowanie.
Fundusz na rzecz obywatelskiego hakowania mógłby pomóc rozwinąć podobne
pomysły. Obecnie z powodu zawodności rynku, ludzie raczej nie zarabiają na
tego rodzaju aplikacjach, bez względu na to, jak bardzo mogłyby okazać się
przydatne dla społeczeństwa. Aby mogły zacząć się rozwijać, aplikacje
umożliwiające ludziom udzielanie sobie wzajemnej pomocy wymagają
finansowania ze strony państwa.
Podkreślam, że nie jest to pełna odpowiedź. Nie zakończy ona tej
rezygnacji, jaką znamy teraz. Będzie zupełnie bezużyteczna dla osób,
które nie są w sieci. Nie przyda się ona także osobom, których polityka w
ogóle nie obchodzi. Są to ludzie, którzy przez pewien czas nie zamierzają
przeglądać stron internetowych dotyczących polityki.
Jednak za około dziesięć lat, każdy mieszkaniec tego kraju będzie
korzystał z internetu. Dla większości ludzi internet stanie się częścią
ich codziennego życia. Do tego czasu musimy stworzyć użyteczne programy –
Napstery dla życia obywatelskiego, strony typu Meetup dla demokracji, z
których ludzie będą chcieli korzystać. A to oznacza, że musimy rozpocząć
nasze działania w tym kierunku już teraz.
Pytanie jest proste: jaka jest etyka e-demokracji? Jaka jest podstawowa
zasada, którą powinniśmy się kierować w tym procesie rozwoju? Obecnie
twierdzi się, że pieniądze i czas powinny zostać przeznaczone na rozwój
nowych metod umożliwiających obywatelom komunikowanie się z parlamentem i
administracją państwową. Przedstawicielstwo uważane jest za etykę
e-demokracji. Nie zgadzam się z tym.
Powiedzenie Marshalla McLuhana brzmi: "Środek przekazu sam jest przekazem"6. Oznacza to, że niektóre media są dobre w wypełnianiu
różnych funkcji. Internet jest szczególnie skutecznym środkiem w łączeniu
ze sobą grup ludzi. Właściwie robi to najlepiej.
Zatem najlepiej rozpocząć od tej zasady. Zatem najsensowniej byłoby
rozpocząć od tej zasady. Jednak internet nie powinien łączyć obywateli z
parlamentarzystami, ani wyborców z urzędnikami państwowymi. Powinien
łączyć zwykłych ludzi ze zwykłymi ludźmi. Powinny powstać takie
aplikacje, które umożliwią tym ludziom udzielanie sobie wzajemnej pomocy.
Program wspierający obywatelskie hakowanie może to spowodować.
Oto, co powinno stanowić etykę e-demokracji: wzajemna pomoc i samopomoc
wśród obywateli, pomoc w przezwyciężaniu problemów obywatelskich.
Zachęciłoby to rynek do inwestowania w rozwój aplikacji oraz bardziej
sprzyjałoby samodzielności, zaufaniu społecznemu niż byciu zależnym od
państwa.
Tego rodzaju system miałby na celu umożliwianie ludziom udzielania sobie
wzajemnej pomocy. Pozwoliłoby to stworzyć elektroniczną przestrzeń, w
której potęga internetu w ułatwianiu nawiązywania kontaktów mogłaby
zostać wykorzystana, aby ludzie mieli możliwość pomagania sobie podczas
podejmowania życiowych wyzwań. Przede wszystkim, tworzenie użytecznych
aplikacji mogłoby sprawić, że demokracja uczestnicząca będzie również
wydawać się użyteczna.
Konkluzje: jest to projekt polityczny. Potrzebuje on zwolenników. Każdy
mistrz e-demokracji powinien podjąć walkę.
Tłumaczenie Joanna Śniady
Przypisy
1Civic hacking: a new agenda for e-democracy,
James Crabtree, 12 June 2007. Artykuł oryginalnie ukazał się na łamach
niezależnego internetowego magazynu www.opendemocracy.net na licencji Creative
Commons. Oryginał dostępny na stronie WWW: http://www.opendemocracy.net/civic_hacking_a_new_agenda_for_e_democracy.
2Stephen Coleman, John Gotze "Bowling Together: Online Public Engagement in Policy Deliberation" Londyn: Hansard, 2001.
3Uwaga od tłumacza. Napster to program umożliwiający rozpowszechnianie plików muzycznych w formacie MP3.
4Andrew Schapiro "The Control Revolution: How the Internet is Putting Individuals in Charge and Changing the World We Know" New York: Public Affairs, 1999.
5Uwaga od tłumacza. Meetup.com, popularny serwis pozwalający organizować spotkania.
6Marshall McLuhan "Understanding Media: The Extensions of Man" New York: McGraw-Hill, 1964. Tłumaczenie polskie "Zrozumieć media. Przedłużenie człowieka" Warszawa: Wydawnictwa Naukowo - Techniczne, 2004.